„Prawdziwy nauczyciel powinien być zawsze najpilniejszym uczniem”. Maksim Gorki (Aleksiej Maksimowicz Pieszkow, 1868-1936)

Obyś cudze dzieci uczył – kołacze mi to przekleństwo w głowie jak natrętna mucha… Brzydkie porzekadło, nacechowane pejoratywnie, zawierające w sobie wiele sprzecznych i negatywnych emocji. Powiedzenie tak często podawane z ust do ust wielu sfrustrowanych matek i zabieganych ojców, dziś tak bardzo roszczeniowych, i coraz częściej zrzucających obowiązki wychowania własnych pociech na szkoły i na nauczycieli. I kiedy, w XXI wieku, w tym ciągłym biegu cywilizacyjnym, w tym notorycznym braku czasu (sorry, taki mamy klimat!), rodzicom nie ma co się dziwić (bo żywiciele rodziny, bo rachunki trzeba zapłacić, bo bieda albo sukces, firma i nowy samochód…), to postawom niektórych nauczycieli już tak. Niestety, paradoksalnie powiedzenie, odżegnujące od światłego nauczycielskiego zawodu, dość wyraźnie wpisuje się w zachowanie jego niektórych reprezentantów. A przecież nauczyciel winien być wzorem, autorytetem, w końcu i przyjacielem uczniów, zawsze empatycznym, sprawiedliwym i dobrym. Czy rzeczywiście takim jest? Czy nasz współczesny, polski belfer odrobił tę istotną lekcję z etyki swojego zawodu? Co mu przeszkadza w samorealizacji? Chyba należy zacząć od początku, znaczy – od siebie Nauczycielu…

Z nieukrywanym przerażeniem i z wielką przykrością obserwuję ostatnie reformy polskiej oświaty, które drogą radykalnych działań (jak  likwidacja gimnazjów, wydłużenie drogi awansu zawodowego itp.[1]), przy jednoczesnym niedoposażeniu, niedofinansowaniu i niedoinwestowaniu szkół i nauczycieli, pozbywają się z szeregu pracowników oświaty – tych najlepszych, najwartościowszych. Kompetentni specjaliści szukają alternatyw i odchodzą z zawodu do branż lepiej płatnych. Kreatywni, młodzi nauczyciele, bez ochrony, jaką daje zatrudnienie poprzez mianowanie, bez szansy na awans, bez perspektyw godnego zarobku, nie chcą w szkole pracować. Bez wątpienia, sytuacja w polskiej oświacie nie jest najlepsza, a przyszłoroczna perspektywa podwójnych roczników w szkole zdaje się nie nastrajać optymistycznie. Brakuje młodego narybku. Nauczyciele się starzeją, często towarzyszą im: frustracja czy wypalenie zawodowe. Obszerna podstawa programowa przy niewielkiej siatce godzin, tony dokumentów do wypełnienia generują niezadowolenie, niemoc i bezradność. Dzisiejsza szkoła staje się pomału miejscem przetrwania – gdzie ci najlepsi się po prostu marnują, eksploatują swoje siły, pomysły – często niepostrzeżenie, niekiedy nawet bez słowa uznania, bez ludzkiego dziękuję, bez swojskiego poklepania po ramieniu – o dodatku motywacyjnym… nie wspomnę! A ci najgorsi… no właśnie co? Czekają? Ignorują? Lekceważą? Byle cicho siedzieć, nie podskakiwać…[2] – można odpowiedzieć Mrożkiem. Minimum z siebie wykrzeszą, trzy oceny wstawią (bo tak stoi w Statucie), na radzie przesiedzą, na wywiadówkach poplotkują. I jakoś leci… Jeszcze, żeby tak wychowawstwa nie mieć i na głowie problemów dzieci, a zwłaszcza ich rodziców. Przyjdzie taki niosący oświaty kaganek przed dzwonkiem i razem z nim – po pracy – wyjdzie. Nic w nadmiarze, aby przypadkiem do jasełek nie zaangażowali, za opiekuna na wycieczkę nie wzięli, jakieś gazetki tematycznej nie kazali zrobić. Byle się nie urobić, nie angażować, mieć święty spokój… (nawet mu się nie dziwię, bo czasami nadgorliwość nie popłaca i niejednokrotnie i za nią po uszach można dostać). A że taki dyrekcji jest przychylny, uśmiecha się w odpowiednim kierunku, przytakuje i rękę podnosi we właściwych momentach, tak że nawet nagrodę z okazji Narodowego Święta Edukacji dostanie i płatne nadgodziny – to już zupełnie inna kwestia…

No cóż, przecież nie każdy musi być nauczycielem! Takim nauczycielem z prawdziwego zdarzenia! Takim nauczycielem żywcem wyciągniętym chociażby z definicji polskiej pedagog, Zofii Żukowskiej, zasłużonej działaczki sportowej: nauczyciel to zawód i powołanie, to zdolności wrodzone i wyuczone, to odpowiedni zbiór cech osobowości temperamentu, to umiejętność poświęcania się dla dobra innych osób, to miłość do dzieci[3]. Pani profesor z pewnością nie bez powodu dodała, że praca w zawodzie powinna przynosić nauczycielowi przyjemność i satysfakcję, bez względu na różne okoliczności i sytuacje (np. stan materialny) – można domniemywać, że takie położenie znała z autopsji. Pewnie później o takich Stasiach Bozowskich piszą peany, takie postawy uwiecznia literatura… Pozostałym, zarabiającym 2500 zł netto (przy założeniu, że posiadają wykształcenie wyższe magisterskie z przygotowaniem pedagogicznym i ukończyli ostatni stopień awansu na nauczyciela dyplomowanego), można życzyć jedynie… bogatego małżonka, spadku albo intratnego interesu na boku. A jeśli tego brak?

Wykłada się nam, studentom – przyszłym pedagogom, że nauczyciel to zawód społecznie istotny, o wysokiej randze społecznej, a samo nauczanie nazywa się wyróżnieniem i misją. Pełni młodzieńczych ideałów kończymy studia i trafiamy do szkół. A tu… A tu pospolitość skrzeczy![4] W XXI wieku nawet idealiści muszą z czegoś żyć, wyżywić rodziny – i poza zabezpieczeniem potrzeb pierwszego rzędu, wypadałoby także „zaspokoić ducha”. Zważywszy, że nauczyciel to zawód wymagający, a sam zainteresowany nie zadowoli się byle czym, „zaspokoić ducha” oznacza dla niego:

  • pójść na ciekawą konferencję, szkolenie czy warsztaty (koszt od około 100 zł wzwyż w zależności od atrakcyjności i merytoryczności zajęć; z wydawnictw szkolnych – bezpłatne, ale są one miernej jakości, związane raczej z dystrybucją podręczników czy materiałów dydaktycznych);
  • pojechać na kongres przedmiotowy (koszt 500 zł);
  • może zacząć studia podyplomowe i tym samym zwiększyć szansę zatrudnienia i atrakcyjność na rynku pracy (koszt od około 5000 zł);
  • zobaczyć topowe przedstawienie teatralne (koszt od ok. 80 zł);
  • posłuchać unikatowej opery (koszt od ok. 80 zł),
  • przeczytać książkę, najlepiej cały tuzin z list bestsellerów
    (12*39,90 zł = 478,80 zł).

I kiedy właściwie inteligent ostatnie grosze jest w stanie poświęcić na film, teatr, książkę czy nawet operę, to – pytam – kogo właściwie stać na te kongresy i na te studia podyplomowe? Nauczyciel nie jest zwyczajnym zjadaczem chleba i oczekuje się od niego szerokich horyzontów czyli permanentnego samodoskonalenia i samokształcenia. Zmuszany przez system, przez dyrekcję, obligowany presją zawodu musi być na bieżąco, musi się uczyć. W związku z tym, kosztem rodziny, czasu itd., przeznacza swoje skromne uposażenie na wątpliwej jakości szkolenia, ciuła na dobry spektakl teatralny czy film. Jest stałym bywalcem bibliotek. Można go spotkać także w empiku, gdzie niejednokrotnie na miejscu konsumuje aktualną literaturę. Chwała mu! Nauczyciel na miarę naszych czasów! Nauczyciel na miarę IV RP! Zgodnie z mottem Zamoyskiego: takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie… I tylko serce mu kłuje, gdy na szklanym ekranie paraduje polska młodzież – kwintesencja patriotyzmu – z kominiarkami na twarzy i w koszulkach z Polską Walczącą na piersiach, z nazistowskimi okrzykami i z racami w rękach… Gdzie popełnił błąd? Co zrobił nie tak? Co z etyką, wiedzą o społeczeństwie? Co z historią – historią polską szczególnie? Jakich zagadnień nie powtórzył, a może je przeoczył? To na pewno nie jego wina! To wina tych wszystkich nieudaczników, którzy w oświacie postanowili się ukryć i robić krecią robotę! Tych obiboków wstrętnych! Tych wszystkich nieudanych ministrów – no coś nie mamy szczęścia do nich od dłuższego czasu…

Zatem co będzie? Czy wszystko diabli wezmą[5] – jak mawiał Lem? No musi się coś wydarzyć! Coś w nas musi w końcu pęknąć! Nauczyciele muszą się uczyć! Być najpilniejszymi uczniami w szkole świata. Uczyć się na błędach! Jak trzeba, uderzyć się w pierś! Wypracować pozycję i autorytet, ale przy poszanowaniu siebie i swojej pracy! Walczyć o swoje (tym bardziej, że nadarza się okazja – media wieszczą prawdopodobny strajk polegający na masowych zwolnieniach zdrowotnych nauczycieli w okresie matur?!)! A tak szczególnie pracować nad kształtowaniem kręgosłupów moralnych swoich wychowanków – przyszłego pokolenia przecież. Bo to oni – uczniowie – wystawią nauczycielom najważniejsze świadectwo i oby na nim nie było przyziemnych trójek ignorancji albo gorzej – pał nienawiści (wylewających się żółcią wraz z falą hejtu w Internecie – bo dwa miesiące wakacji, bo tyle wolnego, bo 18 godzin pensum… no sam miód po prostu!). Ja w każdym razie, jestem pełna uznania i szacunku dla zawodu nauczycielskiego! Tak zostałam wychowana i może miałam szczęście trafić na dydaktyków wspaniałych, pracowitych i pełnych pasji. Trzymam za nich kciuki! Czekam zresztą na wielki społeczny powrót szacunku należnego belfrom. Czekam… przez rok jeszcze, bo studia kończę i liczę na przetarcie szlaku, choć nie ukrywam, że mam łatwiej – bo i bogaty mąż jest i interes na boku też…

A.S.

[1] Ustawa z dnia 14 grudnia 2016 r. Prawo oświatowe [Dz.U. 2017 poz. 59].

[2] S. Mrożek, Tango, Warszawa 2010.

[3] R. Muszkieta, Nauczyciel w reformującej się szkole, Poznań 2001.

[4] S. Wyspiański, Wesele, Kraków 2004.

[5] A. Koss, Jesteśmy stworzeniami ziemskimi i pozostaniemy nimi, „Cogito” 1/2000.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *